.RU
Карта сайта

Złoty gejzer - Wstęp

1. /Lem_Stanislaw_-_Bezsennosc_(SCAN-dal_1020).rtf
2. /Lem_Stanislaw_-_Bomba_megabitowa_(SCAN-dal_935).rtf
3. /Lem_Stanislaw_-_Cyberiada_(SCAN-dal_851).rtf
4. /Lem_Stanislaw_-_Dzienniki_gwiazdowe_t.1_(SCAN-dal_868).rtf
5. /Lem_Stanislaw_-_Dzienniki_gwiazdowe_t.2_(SCAN-dal_869).rtf
6. /Lem_Stanislaw_-_Golem_XIV_(SCAN-dal_1103).rtf
7. /Lem_Stanislaw_-_Maska_(SCAN-dal_1104).rtf
8. /Lem_Stanislaw_-_Odruch_warunkowy_(SCAN-dal_834).rtf
9. /Lem_Stanislaw_-_Okamgnienie_(SCAN-dal_934).rtf
10. /Lem_Stanislaw_-_Pamietnik_znaleziony_w_wannie_(SCAN-dal_840).doc
11. /Lem_Stanislaw_-_Prowokacja_(SCAN-dal_835).rtf
12. /Lem_Stanislaw_-_Swiat_na_krawedzi_(SCAN-dal_933).rtf
13. /Stanis?aw Lem - Eden.rtf
14. /Stanis?aw Lem - Fiasko.rtf
15. /Stanis?aw Lem - G?os Pana.rtf
16. /Stanis?aw Lem - Pokoj na Ziemi.rtf
17. /Stanis?aw Lem - Sledztwo.rtf
18. /Stanis?aw Lem - Wizja lokalna.rtf
19. /Stanislaw Lem - Astronauci.rtf
20. /Stanislaw Lem - Bajki robotєw.doc
21. /Stanislaw Lem - Biblioteka XXI wieku.rtf
22. /Stanislaw Lem - Ciemnosc i plesn.rtf
23. /Stanislaw Lem - Czlowiek z Marsa.rtf
24. /Stanislaw Lem - Dialogi.rtf
25. /Stanislaw Lem - Doskonala Proznia.doc
26. /Stanislaw Lem - Filozofia przypadku.rtf
27. /Stanislaw Lem - Inwazja z Aldebarana.rtf
28. /Stanislaw Lem - Kongres futurologiczny.doc
29. /Stanislaw Lem - Niezwyciezony.doc
30. /Stanislaw Lem - Oblok Magellana.rtf
31. /Stanislaw Lem - Opowiesci o pilocie Pirxie.rtf
32. /Stanislaw Lem - Polowanie.rtf
33. /Stanislaw Lem - Powtorka.rtf
34. /Stanislaw Lem - Solaris [txt].txt
35. /Stanislaw Lem - Solaris.doc
36. /Stanislaw Lem - Summa Technologiae.rtf
37. /Stanislaw Lem - Suplement.rtf
38. /Stanislaw Lem - Szpital Przemienienia.rtf
39. /Stanislaw Lem - Wejscie na orbite.rtf
40. /Stanislaw Lem - Wiara i wiedza.doc
41. /Stanislaw Lem - Wielkosc urojona.rtf
42. /Stanislaw Lem - Wysoki zamek.rtf
43. /stanis?aw lem - katar.rtf
44. /wyklady pt - czy jestesmy sami w kosmosie - stanislaw lem.txtStanisław lem
Stanisław Lem Bomba megabitowa Posłowie Jerzy Jarzębski
Cyberiada jak ocalał Świat
Stanisław lem dzienniki Gwiazdowe tom I podróŻ siódma
Stanisław lem dzienniki Gwiazdowe tom II ze wspomnień ijona tichego
Maska
Scan-dal prv pl
Wstęp
Stanisław lem pamiętnik znaleziony w wannie
Początek podróży
Stanisław Lem Eden
Fiasko las birnam
Stanisław Lem Pokój na Ziemi I. Podwojenie
Stanisław Lem
Część pierwsza Kosmokrator Bolid syberyjski
Das Kreative Vernichtungsprinzip. The World As Holocaust
Ze wspomnień Ijona Tichego (1)
Stanisław Lem Człowiek z Marsa 1994
Przedmowa do drugiego wydania
Stanisław Lem Inwazja z Aldebarana
Wstęp
Test 1
Powtórka
Z tomu Dzienniki gwiazdowe Podróż osiemnasta
Pogrzeb
Gwiazdy nawigacyjne Science fiction
Wiara i wiedza Stanisław Lem
Wstęp
Wysoki zamek
Doktorowi Andrzejowi Madejskiemu

Złoty gejzer


Upłynął piąty miesiąc podróży, a drugi — opóźnienia sygnałów radiowych z Ziemi. Miałem teraz mniej czasu niż poprzednio: zajmował mi go chłopiec z Ganimeda. Odbyliśmy, ze Schreyem i Anną, konsylium, na którym postanowiliśmy zbadać dokładnie jego mózg. Pierwszy chirurg zażądał bezpośredniego połączenia z Ziemią dla uzyskania szczegółowych danych o chłopcu, liczył się bowiem z tym, że będziemy go musieli uczyć jego własnej przeszłości, jakby na nowo zapisując pamięć opustoszałą w katastrofie.
Młodzieniec pozwalał robić ze sobą wszystko; całkowicie bierny, nie stawiał oporu; można go było prowadzić jak dziecko. Anna poświęcała mu wiele uwagi; nieraz widywałem, jak szła między klombami ogrodu, trzymając go za rękę, a on, wysoki, smukły, bardzo poważny, posłusznie postępował za nią, próbując chwilami przystosować swój duży krok do jej niewielkich stąpnięć. Mówiła do niego, pokazywała mu kwiaty, nazywała je, lecz wszystko to odpadało od jego woskowego spokoju. Nareszcie Schrey zarządził decydujące badanie. Wielka aparatura encefalowizyjna miała jakiś defekt, którego nie umiałem sam usunąć, musiałem więc skontaktować się z drugim astrogatorem, gdyż to on ma pieczę nad automatami pogotowia technicznego. Nie od razu go znalazłem; właśnie opuścił był sterownię po ukończonym dyżurze. Informatory nie pomogły mi w poszukiwaniach. Błądząc po całym statku zaszedłem na koniec w okolicę oddaloną od centralnych pokładów. Korytarz przechodził w rodzaj obszernej sieni przed małą salą filharmonii. Pod boczną kolumną stał Lancelot Grotrian patrząc na białą rzeźbę, która wznosiła się pośrodku pustej przestrzeni. Wyłuszczyłem mu moją prośbę. Rozmowa była rzeczowa, prawie sucha, lecz obecność białego, kamiennego torsu rzucała w nią jak gdyby blask i wypełniała każde zamilknięcie.
W pewnej chwili zaczęliśmy iść, a raczej przechadzać się; krok nasz odzywał się głośno, spotęgowany odbiciem w głębi sklepienia, które nakrywa sień jak uniesiona wysoko muszla. Nie wiem, jak to się stało, że zatrzymaliśmy się jednocześnie — twarzą w twarz z posągiem. Jest to młody chłopiec, który przystanął w dalekiej drodze. Twarz banalna, nieciekawa, tak. Ale jak jakiś bardzo wczesny poranek marcowy, wychodzący z mgieł, w którym drzewa stoją opłukane wodą. nagie, wydane blademu, rosnącemu słońcu w oczekiwaniu wielkich dni lata. Taka właśnie twarz: czekająca spełnienia wszystkich, a więc i największych obietnic. Grotrian powiedział, że posąg jest dziełem Soledad. Wspomniałem wówczas drobną scenkę sprzed tygodnia. Spotkałem rzeźbiarkę w ogrodzie; siedziała na szczycie wzgórza z prawdziwą staroświecką książką na kolanach. Zaciekawiony, spytałem, co to za książka. Nie odpowiedziała ani nie podniosła głowy, lecz zaczęła czytać w głos:

Więc rzekli:
— Jak ci się żyło?
— Dobrze — odparł — dużo pracowałem.
— Czy miałeś wrogów?
— Nie mogli przeszkodzić mi w pracy.
— A przyjaciele?
— Żądali ode mnie, bym pracował.
— Czy to prawda, że wiele cierpiałeś?
— Tak — odparł — to prawda.
— Co robiłeś wtedy?
— Pracowałem więcej: to pomaga.

— O kim to? — spytałem. Wymieniła nazwisko jakiegoś rzeźbiarza starożytności i wróciła do lektury, zapomniawszy natychmiast o mojej obecności.
Opowiedziałem te historię Grotrianowi i spytałem., czy sądzi, że udział w wyprawie może się jakoś przydać rzeźbiarce.
— Myślę, że tak — odparł. — Bardzo trudno jest kształtować jako powierzchnię brył to, co głęboko kryje się w ludziach. Trzeba szukać rozmaitych dróg, a na pewno niejednego można się dowiedzieć o człowieku patrząc w gwiazdy…
Obserwowałem twarz astrogatora, gdy mówił. Przeważały już na niej linie starości, linie schodzące w dół, w rysunku zmarszczek okalających oczy, w wiotkim sfałdowaniu policzków wszystko było ciężkie i ciążyło. Oczy jego pod siwymi brwiami pociągała jak gdyby niedostrzegalna mgiełka, ale kiedy z ostatnimi słowami obrócił na mnie wzrok, wydało mi się — zdumiewająca rzecz — że jest młodszy ode mnie.

Wieczorem zeszliśmy się w sali operacyjnej i chłopiec, wciąż jednakowo obojętny, został ułożony na metalowym stole. Wtem wydarzyło się coś nieprzewidzianego: oto gdy Schrey począł ściągać w dół szerokie płaty elektrod, które miały opasać głowę chłopca, ten zasłonił się nagle rękami. Ów porywczy, trwożliwy gest tak nas poraził, żeśmy się zmieszali, przywykliśmy już bowiem do jego całkowitej bierności. Anna pochyliła się nad nim i zaczęła cicho, łagodnie mówić, odginając delikatnie jego palce, jakby w dziecinnej zabawie czy pieszczocie. Wtedy, wciąż jeszcze z twarzą skurczoną jak pięść, przestał stawiać opór. Metalowe uchwyty objęły jego skronie, zachodząc na policzki niżej oczu, kremowa płachta osłoniła tors i tylko część obnażonej piersi poruszała się równomiernie w świetle, które poczęło słabnąć, w miarę jak je Schrey wygaszał. Nareszcie zapanował głęboki półmrok. Z połyskliwego kołpaka, który okrywał teraz szczelnie czaszkę chorego, sterczały jak kolce jeża odbiorniki prądów. Tworzyły rażeni rodzaj ekranu, który przejmował słaby puls elektrycznych wyładowań mózgowych i, wzmocniony tysiąckrotnie, przekazywał wiernie aparaturze umieszczonej ponad wezgłowiem stołu. Wznosiła się tam szklista bryła, kształtem przypominająca globus. Jak wiadomo, średniowieczne przypuszczenie, że kiedyś można będzie z zapisu prądów mózgowych odczytać myśli ludzkie, nie sprawdziło się, ponieważ zespoły kojarzeń kształtują się inaczej u każdego człowieka i podobnym krzywym prądowym nie odpowiadają podobne pojęcia. Lekarz nie może zatem z pomocą elektroencefaloskopu dowiedzieć się, co chory myśli, może jednak stwierdzić, jak kształtuje się dynamika procesów psychicznych, i dzięki temu rozpoznać chorobę lub uszkodzenie mózgu.
Przez dłuższą chwilę Schrey trwał w bezruchu, wsłuchując się w brzęczenie prądów wzmacniających, jakby pragnął wyłowić z tych zmieszanych pobrzęków jakąś melodię; nareszcie włączył aparat.
W przejrzystej głębi globusa zajaśniało. Mknęły w niej uwięzione w szkle tysięczne iskry tak szybko, że widać było tylko drgające spirale i kręgi, fantastyczną koronkę świetlną, rozwieszoną w przestrzeni, pozębioną w cieniutkie, ostre zygzaki; gdzieniegdzie zagęstwłone włókna blasku stapiały poszczególne wyładowania w mżące, perliste pasma; cała kula wypełniała się powoli głębokim, liliowym pałaniem i przypominała małe niebo przeszywane torami gwiazd spadających. Milionowe rozdrzewienia świetlistych torów splatały się i rozplatały nieprzerwanie, tworząc rysunek nieporównanej regularności i piękna.
— Proszę do niego mówić — szepnął Schrey do Anny. Widziałem go w padającym z wnętrza kuli pałaniu; cienki, ostry nos był wyosobniony z twarzy zalanej czarnymi cieniami.
— Co mam mówić? — spytała Anna, jakby zmieszana.
— Cokolwiek — burknął Schrey i jeszcze bardziej pochylił się nad rozjarzoną kulą.
Anna zbliżyła głowę do kołpaka. Dostrzegłem tylko jej ciemny profil na jaśniejszym tle.
— Chłopcze, słyszysz mnie, prawda?
W wirowaniu świateł nic się nie zmieniło.
— Powiedz, kim jesteś? Jak się nazywasz?
Głos jej dźwięczał słabo na tle monotonnego poszumu prądów. Pytanie to, stawiane dziesiątki razy, zawsze pozostawało bez odpowiedzi; i teraz leżący milczał, a świetliste iskry dalej mknęły po swych zamkniętych torach, nie—znużenie wykonując naprzemienne wahnięcia w górę i w dół. Anna zadała chłopcu jeszcze kilkanaście pytań, wspomniała Ganimeda, stację kosmodromiczną, wymieniała powszechnie znane nazwy ziemskie, lecz wszystko to nie wywoływało najmniejszej zmiany w wirowaniu świateł.
Choć do tej pory niewiele razy asystowałem przy tak dokładnym badaniu, przypomniałem sobie szczegóły znane jeszcze ze studiów: te iskry, jak gdyby uwięzione na orbitach nieustannego krążenia, były odzwierciedleniem samych tylko czynności odżywczych, wegetacyjnych mózgu. Ich rytmiki i symetrii nie zakłócały nieregularne, wijące się wyładowania, sprawiające na laiku wrażenie chaosu, choć to one są właśnie obrazem myśli. Jako student niełatwo pogodziłem się z tym, że odbiciem krystalicznego ładu rozumowania są miotające się w pozornym bezładzie błyskawice.
Ponad czarnym w mroku ramieniem Schreya patrzyłem w głąb kuli. W niektórych miejscach rozjarzona była nierównomiernie, jakby świetlny nurt rozszczepiał się. tam na niewidzialnych rafach i opływał je złotawym rozbryzgiem, tworzącym nikłe kontury fal i wirów.
Nareszcie Anna, zniechęcona, zamilkła. Zaczynałem już odczuwać znużenie i niewygodę pozycji (stałem silnie nachylony), Schrey mruczał coś do siebie niewyraźnie, w końcu chrząknął i powiedział:
— Będzie dosyć.
Anna widać nie usłyszała go. Po sekundzie milczenia, wypełnionego szumem wzmacniaczy, odezwała się:
— Czy kochasz kogoś?
Upłynęła drobna część sekundy; wtem wirujące światła zadrżały. Z ciemności podniósł się złoty rozprysk, zabłysnął, roztrącił zamknięte orbity i strzelił w górę; zdawało się, że przebije ściany szklanego więzienia. Potem światło spłynęło w dół, wygasło, powierzchnia blasku zamknęła się i znowu było tylko widmowe fosforyzowanie pędzących iskier.
Schrey nagłym ruchem wyprostował się, wyłączył aparat i zaświecił lampy sufitowe. Oślepiony, zacisnąłem powieki.
— No tak — rzekł chirurg, swoim zwyczajem niewyraźnie — afazja motoryczna… taka? Z dziesięć pól ciężko uszkodzonych… i głębiej, tractus corticothalamicus… ale thalamus cały, tak to wygląda… i spoidło… Nagle, jakby po raz pierwszy spostrzegł Annę, podszedł do niej ł kładąc jej ręce na ramionach powiedział:
— Doskonale, dziewczyno! Jak na to wpadłaś?
Anna uśmiechała się bezradnie.
— Nie wiem. Nawet myślałam, że to głupio, bo przecież drogi nerwowe…
— Nie głupio! Nie głupio! — przerwał jej Schrey i potrząsnął jej drobnymi barkami. — Porwane drogi, nieprawda? Ale są mnemony mniej i bardziej trwałe, są wspomnienia, które można zniszczyć tylko razem z całym człowiekiem! Bardzo dobrze zrobiłaś! Nie wiem, ale…
Nie kończąc podszedł do łóżka i wyswobodził leżącego. Chłopiec otworzył szeroko oczy o ogromnych źrenicach — tak ogromnych, że wyglądały jak dwa czarne słońca w zaćmieniu, otoczone wąskim rąbkiem błękitnosiwej aureoli. Oczy te patrzyły przez nas obojętne, niewzruszone.
— Abulia… pola czołowe… — mruczał Schrey. — Paskudna sprawa… ale to nic… będziemy jeszcze operować…
Terenem, na którym regularnie spotykali się ludzie z najrozmaitszych pracowni i grup, była hala sportowa. Sam doradzałem wszystkim systematycznie uprawiać lekkoatletykę i świeciłem przykładem chodząc co drugi dzień na ćwiczenia. Trenerem naszym był Zorin, przyjaciel Amety. Nigdy właściwie nie dowiedziałem się, czy jest pilotem, który zajmuje się także mechaneurystyką, czy, na odwrót, mechaneurystą uprawiającym pilotaż, zresztą był to chyba problem pozorny. Jak sam mówił, tyle na wałęsał się po rozmaitych stacjach kosmogonicznych, że całkiem rozkojarzył mu się rytm snu i czuwania; mógł pracować albo spać o każdej, dowolnej porze dnia i nocy. Zorin był atletą doskonałym; tak właśnie wyobrażałem sobie Ametę, kiedy go jeszcze nie znałem. Najzawilsze ewolucje gimnastyczne wykonywał zawsze jakby od niechcenia. Podchodząc do przyrządu przystawał, jakby wsłuchiwał się we własne ciało i czekał na jakiś tajny znak jego gotowości; naraz unosił się nad drążkiem i poczynał przerzucać się i wirować; chwilami zastygał niby na przekór sile ciążenia, stwarzając ciałem przepiękne, momentalne kompozycje. We wszystkich jego ruchach, w sposobie podawania ręki, w pozornie ociężałym, choć bezgłośnym chodzie taiła się senna, kocia gracja, jak gdyby zarazem radował się z posiadania tak wspaniałego ciała i wciąż musiał przezwyciężać jego lenistwo. Wszyscyśmy za nim przepadali; umiał rozpalać w nas ambicję w jakiś najbardziej dziecinny sposób. Pamiętam, jak Rilyant przychodził wieczorami na halę, żeby ćwiczyć pewien przerzut, i trudził się tak przez kilka tygodni, a wszystko po to, by Zorin mrugnął doń wreszcie przychylnie. Był pono świetnym konstruktorem; jego koledzy z grupy Tembhary opowiadali nieraz o dziwnej intuicji, z jaką przewidywał bardzo odległe konsekwencje planowanych rozwiązań stereometrycznych. Myślę, że to się jakoś łączyło z władztwem nad przestrzenią, jakie zawdzięczał własnemu ciału. Nie wiadomo było w ogóle, jak i kiedy pracuje — przychodził do Tembhary jak gość, spędzał w laboratorium godzinę, brał temat, a za dwa, trzy dni wracał już z gotowym rozwiązaniem w głowie; nigdy nie robił żadnych notatek, tak świetną miał pamięć. Błękitnawe świecenie jego selenitowego, luźnego kombinezonu można było dostrzec niespodzianie w jednym z odległych od serca okrętu, ciemnawych krużganków przyburtowych, gdzieś nad halą lotniska czy na poziomie zerowym; często zapuszczał się tam samotnie, a jeśli u jego boku kroczył człowiek, można było dać głowę, że to Ameta. Zdawało się, że obaj w ogóle nie rozmawiają; posiadali sztukę milczenia w sposób, który zawsze mnie tyleż zadziwiał, co niepokoił, tak jest mi obca. To znów rozkołysanym, lekkim krokiem chodzili po galerii gwiazdowej, raz na pół godziny rzucając sobie dla nikogo niezrozumiałe słowa — nazwy jakichś statków czy też stacji kosmodromicznych — i znów milczeli, jakby na wspólnie obrany temat.
W tym czasie Gea osiągnęła szybkość 90 000 kilometrów na sekundę. Nadal wisiała pozornie nieruchomo pośród gwiazd i tylko światło ich poczynało wolno zmieniać barwę wskutek efektu Dopplera; gwiazdy przed dziobem okrętu niebieszczały, a położone za rufą stawały się czerwone; czułe aparaty badające te zmiany obliczały szybkość podróży, straszliwą i niepojętą w warunkach ziemskich; pocisk, mknący z taką chyżością, ulotniłby się jak gaz przy zetknięciu z najbardziej nawet rozrzedzonymi warstwami atmosfery Ziemi. Tu jednak wszystko było ciche i milczące, gwiazdy i czarna między nimi pustka; tylko z ostatnich, przyrufowych pokładów można było dostrzec Słońce jako stalowożółtą, dość silną gwiazdę, pałającą z głębi spłaszczonego dysku; był to obłok pyłu zodiakalnego, wirującego w płaszczyźnie ekliptyki.
Dalszy wzrost odległości stał się powiększeniem szeregu martwych cyfr na tarczach zegarów; umysł nie mógł ich już ogarnąć.
Kilkakrotnie dostałem propozycję przyłączenia się do różnych grup, miałem nawet, przyznam, chętkę nawiązać kontakt z wideoplastykami, ale ją powściągnąłem. Wchodziłem w coraz rozleglejsze studia medyczne; wieczorami, z miłym uczuciem zmęczenia fizycznego po treningu, przeprowadzałem zawiłe operacje na fantomach trionowych i studiowałem podręczniki, pogrążając się w bogatych złożach medycznych biblioteki okrętowej.
Studia dawały mi zadowolenie, odczuwałem jednak wciąż jakiś niejasny niedosyt. To mi się zdawało, że zbyt mało przestaję z ludźmi, to znów, że nauka ma nazbyt akademicki charakter i nikomu na statku nie służy. Myśli o praktyce po powrocie na Ziemię były tak odległe, że właściwie nierealne.
Gdy tak uczyłem się, czytałem, przyjmowałem pacjentów, odwiedzałem Ter Haara, przechadzałem się z Ametą, w atmosferze statku zachodziły trudno uchwytne i powolne, nieodwracalne przemiany. Liczne drobne wydarzenia powinny były zwrócić moją uwagę, byłem jednak jak gdyby głuchy i ślepy. Później dziwiłem się, jak mogłem niczego nie spostrzec, teraz zaś sądzę, że umysł w samoobronie nie chciał dopuścić do siebie zwiastunów tego, co przybliżało się, jak gdyby czekało już w jednej z czarnych, lodowatych otchłani, które nieustannie przeszywał pocisk.
Tak więc pewnego wieczora, gdyśmy, znużeni biegiem, odpoczywali na leżakach półnadzy, z ciałami parującymi od gorącego prysznicu, ktoś leniwie uderzając kantami dłoni po udach, jakby podejmował przerwany masaż, zauważył, jaka to szkoda, że nie możemy parać się wioślarstwem. Zorin uśmiechnąwszy się rzucił, że podejmuje się zorganizować na Gei autentyczne regaty ósemek, a na nasze zdziwione pytania wyjaśnił, jak sobie to wyobraża. Łodzie można ustawić w niewielkich, równoległych basenach z wodą, otoczyć je mirażem wideoplastycznym jeziora czy nawet morza i załogi rozpoczną zawody; ukryte aparaty pomiarowe zbadają, która ósemka wiosłowała najszybciej, i ta uznana zostanie za zwycięską. Już nawet swoim zwyczajem rysował w powietrzu połączenie aparatury, gdy Griga, fizyk, rzekł cierpko:
— To nie będą zawody, lecz halucynacja. W ogóle za dużo tu tej wideoplastyki. Sztuczne niebo i sztuczne słońce, i sztuczna woda; kto wie, może wszyscy siedzimy w zwyczajnej beczce, a Gea, kosmos, wyprawa i wszystkie te próżniowe krajobrazy to tylko wideomiraż!
Kilku z nas parsknęło śmiechem, ale to jeszcze bardziej rozdrażniło fizyka.
— Na diabła nam taka zabawa! — zawołał i zerwawszy się, stojąc nad nami, mówił gniewnie:
— To przecież samooszukiwanie się! Jeżeli tak dalej będzie, dojdziemy do tego, że w ogóle nikt nic nie będzie robić, nawet wideoplastyka będzie niepotrzebna. Żeby przeżyć wspinaczkę na Himalaje, dosyć będzie połknąć pigułkę, która podrażni odpowiednio mózg, i siedząc w swoim fotelu będziesz jeden z drugim przepełniony najautentyczniejszym wrażeniem, że przebywasz wśród skał i śniegów! Cóż za ogłupianie się! Toż to narkotyki jakieś, ohydne namiastki! Jeśli człowiek nie może czegoś robić naprawdę, to nie trzeba tego robić wcale!
Ostatnie słowa prawie wykrzyczał. Początkowo niektórzy z nas zaczęli się śmiać. Te pojedyncze chichoty natychmiast ucichły. Jakiś biolog spróbował wyjaśnić coś rzeczowo na temat narkotyków, ale rozmowa zaraz wygasła i rozeszliśmy się rychło, skarżąc się głośno na to, że Zorin zbytnio nas forsuje przed zbliżającymi się zawodami. Był to tylko pretekst mający ukryć czające się w każdym milczenie.
Dłuższy czas nie dawała mi spokoju sprawa nieprzewidzianego zjawiska, w którą wkroczyłem przypadkowo pod zaporą atomową. Zobowiązałem się nikomu o nim nie mówić, ale muszę przyznać, że przez szereg dni oczekiwałem wieczornego sygnału ostrzegawczego z rosnącym podnieceniem i gdziekolwiek się znajdowałem, na własną rękę rozpoczynałem równie nieudolną, co wytężoną obserwację; niczego jednak nie mogłem dostrzec. Raz i drugi umyślnie zatrzymałem się dłużej u Ter Haara, aby wracając odeń zajrzeć do wnęki w murach zapory, była jednak pusta i ciemna. Miałem ochotę powtórzyć eksperyment Yrjöli z popiołem, lecz obawiałem się, że mnie ktoś przy tym zastanie i ośmieszę się. Ostatecznie problem rozwiał się sam. Yrjöla, który pod koniec następnego miesiąca powrócił do stołu, był w znakomitym humorze i zdawał się wcale nie pamiętać o nocnym spotkaniu. Raz i drugi napomknąłem o tym w rozmowie, a gdy to nie poskutkowało, spytałem go wręcz.
— Ach — powiedział — to nic, wszystko jest w porządku. Takie rzeczy muszą się trafiać w pionierskim doświadczeniu.

Wieczorem chodziłem na pokłady gwiazdowe. Ludzi było na nich mało. Przypisywałem to powszechnemu zapracowaniu. Mówiono, że astrofizycy przygotowują się już do obserwacji niezwykle rzadkiego zjawiska, jakim miał być zapłon gwiazdy supernowej w nadchodzącym roku. O grupie Goobara chodziły znów słuchy, że jest na tropie jakiegoś odkrycia. Co prawda inne grupy liczyły koło stu osiemdziesięciu osób, po pokładach zaś przemykali samotni amatorzy gwiazd, lecz nie zważałem na to; coraz bardziej fascynowała mnie próżnia. Dawniej patrzałem na nią jak astronom—amator, usiłując nazwać i sklasyfikować wszystkie ciała niebieskie. Powoli z postawy tej nie zostało ani śladu.
Przestałem rozróżniać konstelacje. Nie szukałem ich, nie izolowałem z mrocznego tła, jak nie próbuje się wyosabniać spojrzeniem oczu czy ust ze znajomej twarzy. Nieruchomy, zapatrzony, z czołem przyciśniętym do chłodnej ściany czuwałem godzinami, powierzając wzrok otchłaniom. Spojrzenie, rzucone w górę, zdawało się wracać w siebie jak wypuszczona w niebo strzała. Trwały tam pokłady czerni, tu i ówdzie nadżartej bladymi, próchnicowymi żyłami mgławic. Nic więcej. W dole przepaść usiana iskrami. Oba te obszary nocy tworzyły dwa czarne brzegi Drogi Mlecznej. Po jakimś czasie wzrok przestawał rozróżniać większe całości. Opornie torował sobie drogę w zwałach ciemności, drążył jej warstwy, jakieś ogromne garby mroku osypane wyżarzonym popiołem, jakieś oceany czerni, tlejące fosforycznym osadem; z największym trudem przedzierał się przez zasłony pyłowe ku cieniom gwiazd, znużony, zdawał się wyczerpywać, rozmywany i pochłaniany przez nie kończącą się czerń. Z prawdziwą ulgą odpoczywał na zgrupowaniu świateł — a była to mgławica, jasna jak piorun z rtęci przemienionej w gaz, na wieczność zastygły w oszalałym skręcie rozrywu — i znowu podążał dalej, tam gdzie wśród niekształtnych, pomrocznych kadłubów ziały wyrwy wydzielające upiorne, zgniłe światło jakby rozkładającego się iłu. Nadchodziły w tym zapatrzeniu chwile, kiedy wydawało mi się, że spojrzenie zmienia się w coś materialnego, że z głębi oczu wywodzą się jakieś ważkie promienie czy drogi, i że nie mogę zamknąć powiek, bobym porzucił mój wzrok gdzieś w bezdennych labiryntach nocy i skazał go na wieczne bytowanie pośród chmur lodowatych i rozżarzonych, w czeluściach, w których trwa czas nieskończenie stary, pulsujący miliardoleciami, a wszystko to — przestrzenie niezmierzone, bez kresu, bez dna i stropów, bez granic widzialnych ani dających się pomyśleć — to była rzeczywistość, świat powstały z czarnej pustki i oślepiających płomieni wodoru.
W ósmym miesiącu podróży rakieta osiągnęła szybkość 100 000 kilometrów na sekundę. W każdych czterech sekundach przemierzała odległość dzielącą Księżyc od Ziemi; jej pęd spiętrzał czoła fal świetlnych przed nami, a rozciągał je daleko w tyle. Osiągnęła trzecią część najwyższej szybkość:, jaka istnieje w kosmosie, a jednak wszystkie punkty świetlne, wyznaczające nasze położenie, trwały nieporuszenie. Wydawało mi się czasem, że dość wmyśleć się w straszliwą obojętność Wszechświata wobec najwyższego wysiłku naszego i maszyn, które stworzyliśmy wszystkie dla jednego celu i rozpędzili je jako metalowe przedłużenie skierowanej w jeden punkt woli, że dość to zrozumieć, aby się poczuć zmiażdżonym. Na najdrobniejsze przesunięcie konstelacji, wymierne tylko mikroskopami, należało czekać nie dni, nie miesiące, ale lata całe. Mknęliśmy dniem i nocą, w czasie pracy, odpoczynku, snu, zabawy, miłości; automaty włączał;— silniki, strumienie ognia atomowego dygocąc opuszczały dysze, pocisk przyśpieszał, przebywał już 105, 110, 120 000 kilometrów na sekundę, a gwiazdy pozostawały nieruchome.
1 ... 7 8 9 10 11 12 13 14 ... 30
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • © sanaalar.ru
    Образовательные документы для студентов.